Żyję więc i zdania nie zmieniłem.
skomentuj (0)Muszę w cholerę rzucić kofeinę w jej koronnym przejawie (Pepsi, Cola) i przy-mocne herbaty, paliatywy obfitych posiłków, głównie śniadań.
skomentuj (0)Muszę w cholerę rzucić kofeinę w jej koronnym przejawie (Pepsi, Cola) i przy-mocne herbaty, paliatywy obfitych posiłków, głównie śniadań.
skomentuj (0)
Nadal czas upływa strumieniem konieczności w dolinę zapomnienia. Na nim materac sunie od niechcenia. Na materacu tym ja. Sączę Daiquiri, niezainteresowany osiągalnymi przejawami krajobrazu przygryzam limonkę, dla sportu – bywa – że się podrapię. Gdy jedni „subweniują moje wałkoństwo”, drudzy w codziennym znoju kąsają się o kawałek chleba, inni (acz częstokroć, oczywiście, ci sami, co drudzy) nienawistnie na mnie spozierają, chcąc zatłuc lub przynajmniej przebić moją dmuchaną katedrę i zabawkę.
A ja nic, leżę sobie, czasem dłoń w wodzie zanurzę, by sprawdzić czy nie za zimna.
Kto ty jesteś?
– Jam Dawido
Jaki znak Twój?
– Małe piwo.
…
A od października zacznę prowadzić wykłady, jeśli materac na tyle wolno mnie poniesie i dla zgrywu nie zaśnie mi się.
skomentuj (0)
3 I
Zacząłem skrobać dość obfitą notę o czasie świątecznym, świństwach wszelakich i podsumowaniu roku skończonego, ale czasu mi brak, czasu mi trzeba więcej, umieszczę rzecz w przyszłym tygodniu.
23 I
W przyszłym tygodniu zamieszczę notę, o zamieszczeniu której pisałem w nocie poprzedniej.
8 II
Kilka razy przed sobą wydruk z naniesionymi korektami kładłem, ale ten mnie odstręczał i chwytałem się ratunku w postaci innych rzeczy. Tym sposobem naskrobałem 5 stron maszynopisu czegoś, czego ukończenie przewiduję do końca lutego. Żeby gołosłownym nie być, fragmenty zaserwuję. Sporo w tym kombinuję z tokiem narracji, rwę ją, poniższe brednie szczątkowo to pokazują.
Rozdział IV: Zdezelowani
Rozedrgane powietrze sobotnim, wczesnolipcowym gorącem i cykaniem koników polnych. Zasiadłem przy kontuarze, zza otwartego na oścież zakratowanego okna roztacza się wątpliwej konduity panorama, niezmienna i tym samym ciągle doskonale mi znana. Porzucony skup złomu, zabita dechami stróżówka, samotne słupy z odgryzionymi liniami średniego i niskiego napięcia, przepastne urwiska przebranego żelastwa, place nieużytków zagrodzone płotami zardzewiałymi na pył – pył przenoszony przez jałowe podmuchy, XXI-wieczne nasiona zabójczego dmuchawca. Wyschnięte rezerwuary na wodę lub co najwyżej napełnione podejrzanymi cieczami oczekującymi, by przypomnieć o sobie. Przewrócone trzy węglarki, rozbita drezyna, magazyny z zarwanymi dachami, wyrwane z zawiasów ciężkie drzwi i wybite szyby u klatek schodowych spichlerzy pokrytych jaskiniowymi bazgrołami troglodytów, niedoszłych Tycjanów ubiegłej epoki. Nieczynne kotłownie i osmolone kominy, krzywe krawężniki, koleiny, kręgosłupy szoferek i innego ciężkiego sprzętu. Rozkradzione bocznice i para torowisk.
(…)
Zagony najrozmaitszych zdezawuowanych reliktów, góry gruzu, wanien, puszek i opon, piramidy ze stert betonowych płyt z wyrosłym w konwulsyjnym wygięciu wężowiskiem prętów, rozkraczony żuraw, dziurawe cysterny, otulone gęstwiną pędów bluszczu zdradziecko odkorkowane i cierpliwe studzienki, opustoszałe parkingi, wyschnięte błoto o twardości bazaltu. Nad tym wszystkim słońce chyli się ku zachodowi. Spłoszone kurzawą roje komarów wpadają na łatwy żer.
Parszywy landszaft.
Zmiętą chustką przecieram spotniałe czoło. Lubię, zawsze była w moim guście podrzędność tej knajpy na tyłach tego wielkiego miasta. Z zasady bywałem jej gościem, gdy mogłem pozwalać sobie na skrupuły, żeby się najzwyczajniej w świecie ześwinić – odchamić od zastępu łaskawych mecenasów i prominentów high life'u, którego do wczoraj byłem „pieszczochem ukoronowanym liściem laurowym”. Ach, po dawnemu anonimowo zalać robaka w przygodnej i niekłamanej kompanii na wzór utraconych, maruderskich lat i przespać poranek i popołudnie straconego dnia na zapleczu, w ustronnej izdebce zubożałego barmana. Na najwygodniejszym tapczanie świata.
Grzegorz – mój stary druh, knajacki patron mego utraconego cygańskiego żywota, któremu podówczas, będą ze dobre dwie dekady, gdy byłem pisarskim gnojkiem, pomogłem zjednać sobie wdowę po właścicielu lokalu – już po moim wejściu porozumiewawczo wskazał pod ścianę, kiedy zająłem swoje stałe niegdyś miejsce, chyłkiem zaanonsował, wycierając hollywoodzko szklanki do whisky białym wykrochmalonym gałgankiem – dawnoś nie zaglądał, pytali o ciebie, nie powiedziałem nic, ale skurwiele niektóre zostały, niezła chryja, nie wątpiłem ani na jotę, żeś ją przeleciał. I tamci dwaj też. Jest ich w sumie tu pięciu, a gdybym miał zliczyć wszystkich dzisiejszych przewijających się... To co – to, co zwykle?
(…)
Wziąłem przekrzywiający haust napitku. Na swój sposób nawet poczułem sympatię do tych szmaciarzy, chociażby dlatego, że byli tu z mojego powodu, zawsze miło jest mieć tego rodzaju świadomość, zwłaszcza, gdy mimo wszystko szanuje się ludzi i ich oddanie sprawie. Naraz dziwnym, zagadkowym lotem impulsu po tych plątaninach arterii synaps i aksonów, zaczęły się kłębić myśli o studiach, wtedy zaskarbiłem sobie swojego pierwszego konfidenta, ha! Prakonfidenta, praszczura grona tego, tutaj zebranego, niewiele pomnę, ale w zarysie i z grubsza... Może więc dlatego wystawiłem się na strzał?
(…)
Zlustrowałem mętną publikę okiem wprawnego retora, którym nigdy po prawdzie nie byłem, i dziarsko od niechcenia zadeklarowałem, lecz na tyle szybko, by nie zdążyli odparować oszołomienia i uruchomić cyfrowych papug.
– Pardon, chciałem tylko zakomunikować, że nocy uprzedniej nie mogłem spać z prezydentówną, gdyż spałem z prezydentową, faktem jest, że są podobne, ale wierzcie mi, państwo, stara ma obwisłe! Merci a vous.
Zguba im.
Po krótkim zastanowieniu, w tekścikach opracowywanych (Broadway, Dążenia dotarcia, Niemiecka Ferdydurke, Szczupak w stawie, Sterminowany oraz pisanina powyższa, której w żaden sposób nie chcę dookreślać) dają się wyroić trzy stałe:
Sztuczność (manifestacyjna, wielopoziomowa), sytuacyjność (czołowi bohaterowie zdają sobie sprawę ze swojego położenia, samoświadomość żywiołów intersubiektywnych – uniformizujących i wyższa świadomość czasu oraz przestrzeni), intymność. O intymności chciałem kilka słow. Uważam i jestem gotów iść na noże, że podwaliną relacji z drugim jest wszędobylski erotyzm, bardzo pojemnie rozumiany, moja wykładowczyni od filozofii nazwała to materializmem biologicznym, znacznie spłycając problem, ale ja, jak to ja, nie oponowałem, zaplątany w swoich rozważaniach, coś tam tylko pod nosem dukając… Do rzeczy, zatem samą intymność rozbijam na intymność niższą (chodzi o seks i jego sąsiednie obszary, generalnie – sycenie się samą cielesnością drugiego, pewien paliatyw zbliżenia, służący wyłącznie rozładowaniu libido) i intymność wyższą, rozpatrywaną jako porozumienie (niech Wam będzie – duchowe) zawiązujące się pomiędzy postaciami… Fraternizowanie się stoi u podstaw „Dążeń dotarcia”, pierwszej poważnej rzeczy, którą bardziej składam, niż piszę, od czerwca 2006, co, przyznaję, wynikało (i wynika nadal) z braku umiejętności , nieoczytania et cetera. W miarę mojego powolnego dorastania (i ciągle prześladującego mnie próżniactwa) dojrzewa ten tekst, stąd też w związku z nim pewne rozterki mnie prześladują, wiążące się na przykład z nanoszeniem poprawek i rewizji… Intymność z drugim jest niczym innym jak dzieloną samotnością próbą ujarzmienia przytłaczającego uczucie pesymizmu wobec nieskończoności i ludzkości, doskonale obrazuje tę sprawę najlepszy film w historii kina (w moim plebiscycie), Lost in translation.
Zobaczcie sami; kilka odwołań do intymności wyższej, z moich ramot, nie powinienem ich zdradzać, lecz z drugiej strony, są to znikome urywki.
„Dążenia dotarcia”:
JAM rozochoconym. [zupełnie o liście w dłoni zapomniałem]
Z przyjaźni pokochałem, naprzód pokochałem nie dla kochania, lecz aby spełnić przyjaźń dosłowną. Lgnę utwierdzany przesyłek tumultem nowiny wybornej – niecierpliwości odzwierciedleniem traktującej o mnie.
FAJDYGOS ostentacyjnie potakuje głową.
JAM rozochocenie wzmaga.
I nadchodzące S.[potkanie] – konfirmacją uwikłania się wzajemnego...
FAJDYGOS ostentacyjniej potakuje głową.
JAM
Wtem oddam się. Złożę serce w podarku, ukażę niczym nieskrępowaną więź.
FAJDYGOS wypręża się w pomrukiwaniu cichym potakując nadal.
Mmmmmmmmmmmmmmh.
JAM w emfazie.
Dwie Samotności Nasze współbrzmią asonansem wyszukanym, pozwolimy im sobie zaprzeczyć. Miłowanie zwiększa istotę przyjaźni. Amorem conatum esse amicitiae faciendae ex pulchritudinis specie. – Ona doskonale zdaje sobie z tego sprawę, dlategóż zachęca, tchnie, prowadzi ku sobie! Rzuć okiem na tę stertę Liścików kapitanie…na Herby na plombach!
FAJDYGOS spogląda chłodno wyciągniętym uniformem oficerskim. Ziewa.
JAM obruszonym. W myśli.
A on? - Co on mi tu ziewa?! Miłością Moją, Przyjaźnią? – Co on?!
FAJDYGOS ziewa.
JAM podchodzę kapitana, wyjawiając się. Spotęgowanie emfazy.
C z ł o w i e k i e m b y ć C z ł o w i e k o w i, w y j a w i ć t a j e m n i c ę. – J e ś l i m w b ł ę d z i e, n i c t o, p r z y j a c i e l e m j a m n a z g o d ę j a k i n i e z g o d ę. M o ż e m y ś l s a m a – p e w n o ś ć k o g o ś J e j s t a r c z y??? – W o n c z a s i d l a m n i e e k w i w a l e n t e m p r z y j ę t y m z r a d o ś c i ą b e z m i e r n ą!!! - J am n i e d o k o b i e t y d ą ż ę, a l e d o C z ł o w i e k a!
„Broadway”: (tutaj intymność wyraźnie zespolona ze sztucznością gestów, samą sztuczność też można nieźle podzielić, co gdzieś w papierzyskach poczyniłem, ale bez wchodzenia w szczegóły chodzi o to, że sztuczność przeciwstawiam fałszowi, jest pewną szczątkową emanacją, postawą szukania i odgrywania prawdy, piękna, autentyzmu.. Sztuczność pierwsza, wznosi się na nieuświadomionych zachowaniach, o niej Gombrowicz pisał w „Ślubie” odnosząc się do języka – język nami mówi, a nie my językiem. „Lacan powie, że przedmiot nieuchronnie zostaje wyalienowany z znaczącym, co oznacza, że mówiąc, człowiek staje się sobie obcy (…) Tę sferę podmiotowego wydziedziczenia w języku Lacan nazywa Nieświadomym”. Sztuczność druga natomiast jest uświadomiona, idę w tym kierunku, że zdajemy sobie z niej sprawę i rozkoszujemy się nią, będąc wówczas częścią czegoś, co uwalnia od społecznego przymusu.
„Broadway”:
Szyję przegina, ja niby na katedrę patrzę, głowę kieruję – ułamek chwili – na mnie Patrzenie Swoje, poczułem Zatrzymanie… Zawieszenie. – Schwytałem! Schwyciłem! {Smark!} Powieszony kandelabr elektryczny z odgiętym ramieniem najeżony quasi świecami. Smarkanie. Odgięte. Patrzenie. Brzucha Burczenie i głowy omal Nie Rozsadzi!
Kobieta, niemłoda już, ale i niestara – Gustowna i w jakiś tam dla mnie sposób akuratna. Kto bardziej zaintrygowany? – Studentem czy dostojną panią? Ach, zachęcające spojrzenie z rozkwitającym przegubem Dłoni spod wybornie przystrojonych mankietów koszuli.
W Patrzeniu, nawet jeśli wszyscy patrzą. Nasze Patrzenie obopólnym. Patrzenie stwarzające Patrzenie. Patrzenie, coby Patrzał, iżby Patrzała. Patrzenie dla gimnastyki. Patrzenie niezobowiązujące dnia kolejnego w Patrzenie. Patrzenie tamujące z sesji ziew. Patrzenie stowarzyszające. Ile w Nim erotyzmu?; Ile bez skazy – dla samego Patrzenia? – Oczopląsem figle i z tych figli w splot, w oczosplot.
Intymność niższa:
„Dążenia”:
Słyszałem, owszem-owszem, że znaczna i apetyczna, stąd przybyłem i chociaż jej kobiecość była przez nią poskramiana, to i dość szybko otworzyła przede mną swe podwoje.
Kobiecość przyćmiła jej człowieczeństwo.
– Czytelniczki drogie uprzedzam, że oczywiście mógłbym napisać, tak samo, gdyby tylko fabuła tego wymagała: „męskość przyćmiła jego człowieczeństwo”, toteż powyższy przykład nie jest to żaden nieudolny i bezmyślny afront wobec Was, a tym bardziej żaden mizoginizm, lecz atak w samą biologiczność płci i poddawaniu się jej.
„Niemiecka Ferdydurke”:
W cieniu cyprysów wróbelki świntuszą.
Nauczycielka śpiewu, w kolejnym turnusie dyrektorka orkiestry – przegrywała na harfie, czasem altówce, niemniej nie ograniczała się do nich, co denuncjowało jej dominującą pozycję… we wspomnianej orkiestrze, której – jak napomknąłem – przewodziła, dalej sprzedawczyni aparatów agrarnych, ale nie o tym miałem…
„Brodway”
Dobrze było Cię widzieć, stary, ale musisz mi wybaczyć, jeszcze chwilę powłóczę się tutaj, później upiję jakąś aktoreczkę, aktoreczki, cukiereczki, heroinki – mmmm, bądź kokotę lub inną podrzędną panienkę luksusową (bo domytą – dodał cicho) z dobrego domu i zabiorę do „Prosny”, pokoik czeka, tato wrócił, ale szczęście w tym, że teatru nie lubi… A to prawicowe towarzystwo (porozumiewawczo wskazał na posła i prezydenta i cała reszta związkowców - bohaterów niedawnych rewolucji z orderami, których po 40-latach namnażanie nie przez podział już, ale przez pączkowanie) źle by na niego wpłynęło. Matka u podwieszacza O, jest towar, dopija strzemiennego, lecę, stary, lecę! Poklepał mnie po ramieniu – cześć!
Pierwszy fragment w tej notatce, też oczywiście reprezentuje ten typ. Z dążeniem do fizyczności, świetnie się komponuje jeden z głównych aspektów, bardzo mi bliskiej, literatury plebejskiej, jest nim rubaszność, tedy karnawał – zabawa, śmiech, niewybredność, impertynencja, albo jak wolę ja ją nazywać, zuchwałość.
Pozdrawiam
Dawido
skomentuj (2)
Skorzystam z wolnej chwili – z tej chwili sprzed nadchodzącego meczu Agnieszki Radwańskiej w ¼ finału Australian Open, żeby w dwóch słowach nakreślić niepodważalną słabość całych tych wszystkich szemranych ACTA uzgadnianych w przyciemnionych i wyciszonych salonach prominentów show-biznesu, a to tylko słomiany zapał i nic z tego nie będzie, przynajmniej nic, co uderzyłoby w wolność internautów. Samo to spięcie szalenie mnie zajmuje: tu jakieś anachroniczne bufony wspierane przez przemysł fonograficzno-poligraficzo-kinematograiczny, przemysł pozbawiony najwyraźniej pojęcia – czym w istocie jest sieć globalna (przestrzeń) i też niewiele rozumie z czasu aktualnego, w jakim przyszło mu kręcić lody. Z drugiej zaś mańki – młodzi, rzutcy, Anonimowi, nieosiągalni. Można im nagwizdać, niemniej jeden z drugim np. wicepremier z kolegami, coś tam piąstkami wymachują, wygrażają, a im więcej tej chłopskiej i zawadiackiej pasji, tym komiczniejsza postać „Łabędzia niemego”.Warto tym próbom zawracania biegu Wisły kijem przez światowe politykierstwo przyglądać się jako pewnemu, ważnemu przewartościowaniu nienaruszalności naszej kultury albo nie tyle przewartościowaniu, co samopotwierdzeniu się jej na amen.
Intertekstualność. Pojęcie Kristevy wydestytowane z Bachtina, pojęcie intertekstualności będące swoistym nieprzerwanym strumieniem odwołań jednych tekstów do tekstów drugich stoi u podstaw nie tylko literatury, jest też zasadniczym pojęciem dla naszej relacji z wytworami ludzkimi – intelektualnymi, niezależnie chronionymi prawem autorskim czy nie. Nie ma możliwości, iżby ten potok skutecznie zatamować lub skanalizować. Nie ma i nie może, reakcje bowiem zachodzące w kulturze są pośrednio regulowane, zaś każda próba podniesienia…słuszniej – położenia łapy na jej atrakcyjne obszary napotka szeroko rozumiany opór społeczny (skrajny przykład – socrealizm, a kiedy to było…). Wprawdzie szarzy, nie w pełni świadomi, ale najważniejsi, odbiorcy kultury (głównie kultury niskiej), będą się w tym przypadku tłumaczyli dobrami własnymi, jednostkowymi, wolnościowymi, gadaniem o kneblowaniu ust i dostępie do informacji, to jednak są to wyłącznie skutki tego, że sama formuła możności planowego regulowania kultury jest przegrana u podstaw, a zwłaszcza w obliczu kultury asymilującej wszystko, co znajdzie się w jej zasięgu. Naszej kultury postmodernistycznej, z której nie sposób wyobrazić sobie mechanicznego usunięcia danego atomu np. serwisu Youtube (na wskroś przecież intertekstualnego). To ona sama może go… nie tyle usunąć, co odsunąć, zapomnieć, jak się dzieje z innymi gadżetami i ludźmi w rozmaitych mass mediach.
Przy okazji tego ewenementu widzimy ile warci są co poniektórzy mężowie stanu i wielcy artyści, protagoniści, sumienia narodów, naprawdę – w rozumieniu Słowackiego – papugi, mające w poważaniu głębokiem swojego oddanego fana, zwolennika, wyborcę i widza.
W przyszłym tygodniu zamieszczę notę, o zamieszczeniu której pisałem w nocie poprzedniej. Czasu nie ma – ryby biorą, ciekawskich zapraszam na blog wędkarski: http://dawido.tumblr.com/ - z żywą ilustracją intertekstualności, z tzw. "hipertekstem", czyli filmikiem z muzyką, której ani nie skomponowałem, ani nie nagrałem osobiście. Prócz tego bawię 1,5-rocznego kuzyna, tenis wyżej wspominany i trochę codziennej roboty doktoranta i podskakiwacza pod literaturę.
skomentuj (0)
Rejwach. Cała ta podejrzana banda kolędników głośniejsza jest, przemierzając ciężko schodami, od rozwydrzonych brzdąców latających po klatkach w Halloween. Do mnie nie zapukali, od lat nie pukają! Okazy moralne! Tak chciałem się nawrócić! Skazany, wyklęty, infamią i ekskomuniką obłożony, zepsuty. Wiecznie potępion. Ja. Ja. Ja.
Polactwo i Polskość. "Jakież" więc nadludzkie uradowanie, strzelanie korków i wiwaty, Polska uniknęła grupy śmierci na Euro – słyszę od miesiąca – nie będzie („póki co!”) Francji, Niemiec, Hiszpanii, Anglii, Italii, Holandii, Portugalii, Danii, Szwecji, Chorwacji, Irlandii… Polska ma awans w kieszeni! Polska! Świętują. Tańce połowieckie, kolejne szampany, tokaje!
Nie będę ja tutaj szermował swoją dogłębną znajomością futbolu przed Szanownym Czytelnikiem moim, nie o to chodzi, nie będę przynudzał. Nie będę przywoływał także ostatnich trzech wielkich turniejów, w których zbłaźniliśmy się po szumnych zapowiedziach, niby znajdujących odzwierciedlenie na papierze przed samymi zawodami.
Gdy widzę tych pseudofachowców (nie tylko z TV, ale wszystkich, którzy często piłki dwa razy prosto w życiu nie kopnęli, a ględzą na targu, w kościele, w przychodni 78-letnie lekomanki, ślepi i gusi), znawców od wszystkiego, sportu każdego, łyse papugi (tudzież szpaki), wszyscy Polacy, wszystko Polactwo z wyjątkiem chłopaków z C+. Krew mnie zalewa, krew ta zepsuta (o czym powyżej), krąży, ciśnienie rośnie, gazy się zbierają… Abstrahując od przygotowania rodaków moich, dziennikarzy, w materii przedmiotowej, z której i sam się usunąłem, nie mogę zgodzić się na to, co próbuje ta zgraja wmówić nam, co wmawia nam przykładem, że Rosja, Czechy, Grecja, to ogórki, już mamy 9 punktów, już gramy o półfinał z Włochami, w ich główkach Obraniak do Lewandowskiego podaje, Lewandowski sam na sam wychodzi, czy Bufon piłkę odbije, czy zdoła obronić? – JEZUS MARIA. To w 85’ minucie meczu ma się zdarzyć według jednego z ekspertów, według drugiego (i jego hipotezy na mecz), w tej właśnie minucie Wawrzyniak grę z autu będzie wzniawiał, trzeci ekspert zaś, że nieprawda, że on wie lepiej, Lewandowski but będzie sznurował rozwiązany, toteż jak w tej minucie 85’, może wyjść na dogodną sytuację do uzyskania trafienia?!
Pragnę tylko nieskromnie zauważyć, że cała ta nasza czwórka drużyn jest – bo co tu ukrywać – niemal jednakowo słaba, jeśli to nie grupa śmierci, to ja nie mam pojęcia, jak grupa śmierci powinna wyglądać? Gdy tu oto wszystkie ekipy jak jeden mąż jednakowo mocne, bo jednakowo beznadziejne. Marzyła mi się grupa z Francją, Anglią, Szwedami, fakt, byłaby to grupa śmierci, ale nie dla naszej reprezentacji, nasza reprezentacja będąc sporo poniżej poziomu wymienionej trójki, nie miałaby zupełnie nic do stracenia, nie miałaby prawa do miana pokrzywdzonej! Przegraliby – cóż, z firmami na piłkarskim rynku nie jest wstyd dostać baty. Wyszliby z grupy – wspaniale, w końcu mamy niezgorszą reprezentację. Jak jest w istocie? – Dostaniemy, będzie wielkie halo, że tragedia narodowa, szturmem na belweder, burzenie pomników, stawianie krzyży na stadionach, zaś gdy zajmą jedno z dwóch premiowanych awansem miejsc, to też nie w smak, bo przecież Polska w grupie była najlepsza przed mistrzostwami, wszyscyśmy to mówili, my eksperci!
Nie zgódźmy się do jasnej cholery na to! Nie pozwólmy, byśmy w duchu mieli się znów dawać kaptować tym draniom, nieukom i łysym w dziurawych skarpetkach (hehe). Jak spadać to z wysokiego konia. Nie zaś byle wylosować najsłabszych – bo w duchu oni przecież czują się najsłabsi, zakompleksieni, podrzędni i usilnie, wytrwali w próbach starają się tę swoją beznadziejność – za pośrednictwem naszej kadry i pod pozorami wyższości – przelać na resztę Polaków.
Zacząłem skrobać dość obfitą notę o czasie świątecznym, świństwach wszelakich i podsumowaniu roku skończonego, ale czasu mi brak, czasu mi trzeba więcej, umieszczę rzecz w przyszłym tygodniu. W sobotę zjazd! Stypendium też dostałem, ale w sumie przyznali od stycznia…
Szczęśliwego nowego!
PS. Moi rodzicie zmarli i nic się do tej pory w tej sprawie nie zmieniło.
Równolegle do bloga, którego wertujesz, od dziś zacząłem prowadzić drugą sztukę, niby wędkarskiego, ale i niewędkarskiego, wędkarskiego na poły i okazyjnie, często uzupełniającego treści tutaj zawierane. Bloga bardziej na co dzień.
http://dawido.tumblr.com/
Pozdrawiam,
Dawido
skomentuj (0)
We dwóch z psem zjedliśmy na kolację belgijską czekoladę.
Dniami całymi siedzę nad książkami (za drobne kopiejki zdobyłem 13 tytułów Otwinowskiego), podskubuję materiały wcelowane w następny zjazd, nocami leżę wobec telewizji... "Kino Polska", "Film Box", "TVP Kultura", "Zone Europa", a gdy dnieje, udaję się spóźniony do Hypnosa.
- Moja mała, słodka Moligynio, wychodzisz? Późno już jest... Wrócisz nad ranem? Zgoda, oczywiście, oczywiście, aprobuję,
nie śpiesz się z powrotem,
niech imię zapracuje na siebie. :>
Życzę Wam świąt w swojskiej atmosferze.
skomentuj (0)
Wczoraj łaskawie po Pilota sięgnąłem i z Pilotem ponad 210 stron w lot przemierzyłem, wieczorem. Pilot. Pilot. Pilot dowiódł, że pewien - jeszcze podówczas - doktor literaturoznawstwa się mylił i jest na przekór doktorowemu gadaniu miejsce dla takich pół i ćwierć-Gombrowiczów jak... To cieszy niezmiernie mnie i łaskawość moją, którą polecam i Wam tym oto wpisem i Pilota polecam, bo nie dość że w manierze mi bliskiej, to jeszcze swoim chłopem - spod Ostrzeszowa.
Wyglądam za stypendium, wyglądam i nie widzę, co trochę mnie martwi.
skomentuj (0)Mógłbym mieć żal do siebie o niezmącone urzeczywistnienie siebie jako siebie. Królowie życia i szczęśliwcy - ci, których punkt szósta z łóżka zrywa dudnienie budzika, wyspanych – zwarci, uładzeni, smakowici dla ludzi, śniadanie, autobus, praca, w pracy powiedzmy do 16… Gotowi do wszystkiego, na wszystko w pogotowiu bezustannym, w pełni nieświadomi używania siebie w aktualnym zajęciu (zacięciu), acz podskórnie w oczekiwaniu na możliwe inne oddelegowanie, do kolejnej roli, do wstawania o innej godzinie, kto wie? – Może wcześniejszej? – Nierozerwalnej (a nawet skontaminowanej) jednak ze stałym wyspaniem, z niezastąpioną dziś cywilizacyjną rześkością i zuchwałym samogwałtem w imię pięknie użytecznych dziedzin, jaką jest chociażby ekonomia. Niezbicie to świadczy o mojej klęsce, pozbawia mnie sensu wobec otoczenia, ale chyba nie poddaje w wątpliwość mego człowieczeństwa? Jak mu sprostać, by w tej samej sekundzie koegzystować z innymi? – Niedorzecznie zapytuję, przecież ja nie ufam temu wszystkiemu, co jednostkę zastąpią oflagowaną zaszczytami grupą. Jestem poza życiem ulicznym, w ścianach nadmiarowej nudy pustego, rozdętego pokoju – natury, nieogarniętego Wszechświata, w trwaniu niewątpliwie prawdziwszym, bowiem nieuwikłanym, lecz zarazem moja forma w każdej sytuacji z góry skazana na wieczną niemożność wypoczęcia skoro świt. Co mi począć pozostaje, jeśli nie gospodarzyć się w tej bezsenności na ile się da? A na ile się da? Może żyję na kredyt? Może zbyt oszczędnie? – Aksjomat, musi gdzieś być zawieszona prolongata z moim imieniem i nazwiskiem, tylko kto komu jest winny spłatę? – Czuję, że na razie nie zostało to osądzone, że formułuje się na podbrzuszu czasu pod koszulą moich decyzji.
skomentuj (0)
Treściwa herbata z niedoszłą teściową.- Będę przyszywanym wujkiem. Dajcież już mi spokój święty... Ola z jajem, Ola jajo nosząca, jajola wysiadująca. Dajcież z tym pokój... Gdzież duch Twój? Gdzież zwiewność Twoja? Gdzieżeś mi się zapodziała, moja Znakomita? Szkoda, szkoda, szkoda. Nie jest mi szkoda siebie, bo nie ma najmniejszego powodu. Lojalność wobec przekonań przypłacana jest stratami ot co. Róbmy więc swoje, czekajmy dalej Apollina i topmy się w niewyrażalnym żalu do... upływającego czasu.
Z bilansów moich wynika, że ojcem ja być
nie mogę
dzieciaka
tego.
- Nierozważne to wszelako stwierdzenie, skoro nie pamięta się, co jadło się na śniadanie 3. listopada albo, gdzie się było o 21:25 w lipcową kanikułę?
Zabierałem się, zabierałem od kilku dni i zabrać się nie mogłem, gdy teraz, przy wtórze „Karnawału zwierząt” Saint-Saensa, zabieram się w końcu. Zabrałem się wreszcie oto.
Przed dziesięcioma dniami osobiście mocowałem się na cmentarzu miejskim z heroiczną panienką. Grób rodziny mojej usytuowany jest w sąsiedztwie estrady, nie wiem - podium, podestu, kazalnicy? Przedsięwzięcie artystyczne miałem więc na dłoni jak i resztę co gorliwszych zebranych. Ciotka z kuzynem półtorarocznym przyjechała i wuj z Warszawy. Ksiądz nawala, drugi ksiądz nawala odczytami, panienka skwapliwie spija mszalne opowiastki (inni obcy petenci mnie nie zajmują). Kuzyna wziąłem na ręce i miniasy stroić do niego rozpocząłem, Krzyś od razu złapał dryg i minami, ale też głośnym śmiechem wsparł moje trudy i w nich utwierdzał. Rzuciłem okiem na panienkę, panienka heroiczna z podniesionym czołem, wzruszona! i nosem zadartym ukradkiem na mnie spogląda. A ja spółkuję z najmłodszym w pałaszowaniu lizaka lub odwijam malcowi cukierki. Potem z wujem śledziliśmy w smartphonie przekaz live z lądowania Wrony – na niekorzyść wielu – udanego, a cała reszta w modlitwie, w modlitwie widać niezapamiętałej – z nienawiścią na nas łypali, pośród nich ona, heroiczna. Oczywiście szermierka była zupełnie jednostronna – ja, niewolnik samego siebie wobec niewoli rozmytej w tym zbiorze wierzących, przeto ja wobec niewoli katolickiej, stałem, kiedy cała ekspedycja klękała, bo klęknąć musiała (co kiedyś zdążyłem zarysować w nowelce). Jeszcze by śmiała nie klęknąć i jeszcze sobie coś koncypować – że ja, jak ten, co tam stoi, nie klęknę!
– To byłoby coś! Może będzie?
Potem, w środę, (i na środę) dostałem termin, aby udać się do Urzędu Pracy w celu „odnotowywania się w rejestrze”, nie znoszę zwrotu „iść się odhaczyć”, kojarzy mi się z zębami, sam nie wiem czemu. Zapukałem, wszedłem i mówię urzędniczce, że pracy nie szukam, ponieważ jestem doktorantem, natomiast rejestracja, a co za tym idzie zaświadczenie z UP, pozwala mi ubiegać się o stypendium socjalne. Ona – skoro pan się zarejestrował, to szuka pan pracy! – i kontynuuje, głosem nieznoszącym sprzeciwu – ofert dla nauczycieli języka polskiego niestety nie mamy, ale… ma pan prawo jazdy? – Mam. – Jest coś dla Pana, niech pan zapisze numer. (udaję, że zapisuję). Firma zajmuje się robieniem podzespołów lotniczych, szukają…
– Tak oto Urząd Pracy chciał mnie najprawdopodobniej przemianować na pilota oblatywacza (koronny powód: wszak miałem prawo jazdy), byłby to jednorazowy oblot – frantowski wybieg, ażeby drastycznie zmniejszyć bezrobocie w kraju! Może z początku ciut kosztowny, niemniej podejrzewam, że wcześniej czy później dojdą do technologii kosmicznych i na Księżyc trutni hurtowo słać będą dla dobra Rzeczypospolitej.
Bodajże dzień po dniu (w czwartek i piątek) kolejne zderzenia. Naprzód spotkałem się z milczeniem mojej byłej szlachetnej (tak ją niegdyś w duchu nazywałem) przyjaciółki, przesyłając przeprosiny, bowiem któregoś późnego wieczoru umawiając się z kompanią na rybki, przypadkiem i do niej wiadomość poleciała. Ona nic, pomnikowo i niedostępnie – ze wzgląd na dawne czasy po cichu liczyłem… straciłem wszelako wszelkie złudzenia i mogę od teraz oficjalnie fronty moich epickich prac nakreślać, ale nie chce mi się. W piątek znów druga, także pomnikowa, choć ona jako osoba wyższa w swoim mniemaniu dobroczynnie przemówiła, że nie warto na mnie czasu tracić – a ja bym to nie tracił? Idźmy dalej…
Sobota, tutaj posłużymy się czasem praesens historicum…
Wstawanie moje po 4, zaś po 5 (pozostawiwszy po drodze psa u dziadków) idę na stację autobusową wzdłuż al. Wojska Polskiego, tak jak niegdyś chodziłem do gimnazjum, wtedy jednak szedłem na swoistą mentalną i personalistyczną kaźń, każde wczesnoporanne wyjście miało swoją dramaturgię - przynajmniej wówczas tak je nierozsądnie traktowałem. Teraz odwrotnie, tempem spacerowicza, zadowolony z siebie na transport do Poznania, może nawet z uczuciem szczątkowego spełnienia? Przechodząc pod znakami drogowymi usadowionymi na dwóch nogach (przed czym odżegnuje się wielu przechodniów) mogę sobie pozwolić na wrażenie wkraczania do Rzymu albo Paryża pod Łukiem Tryumfalnym oczekującym na to, na mnie. Także autobus, jednostajny, miarowy ruch potrafi napełnić pychą, jest to pycha wobec siebie, tego czym się kiedyś było i jak to coś zostaje przez „Kościół Ludzki” nobilitowane za sprawą wytrwałości mojej i mojej matki, i dziadka... W samochodzie za moimi plecami młoda kokietka obrabia chłopaka. Kimnąłem od Pleszewa do rogatek Poznania.
W instytucie na Fredry byłem po ósmej, mogłem zatem pokręcić się po Collegium Maius i wejść w z nim pierwsze konszachty, w jakie wchodzi zawsze włóczący się samotnie w plątaninie nieznanych korytarzy, pięter, piwnic, mansard i kibli – przekładanych w konsekwencji na relację człowieka z daną budowlą i tym wszystkim, co ona konotuje.
Na zajęciach zazwyczaj udawało Nam się wybronić, czasem Pani Profesor Legeżyńska przyłapywała Nas na pewnych słabostkach (jednej sobie nie potrafię wybaczyć) – wynikłych w przeważającej liczbie nie tyle z niewiedzy, co z gapiostwa. Śmiem twierdzić, że wraz z Koleżankami zawiązalibyśmy niezgorszą grupę na stacjonarnych, niełatwo jednak po jednym dniu dowieść słuszność tego twierdzenia, niemożliwym natomiast jest zaprzeczenie jemu. Wróciłem do Kalisza z pękającym łbem po 19.
We wtorek wyfrunęły z „Odysei” dwa stuzłotowe motyle. W „Iliadzie” pusto. „Eneidy” z bólem serca przyznaję – nie mam.
Dzisiaj jest czwartek, zima idzie, z rybami jestem z ich winy w relacji wzajemnie niechętnej. Do końca roku umówiłem się z Panem Profesorem, że przedłożę Panu Profesorowi, zarys przedwstępu pracy doktorskiej (Oblicza nieskończoności w rzeczach Gombrowicza) – może być lekki poślizg. Prawdopodobne, że postaram się o udział w czerwcowej konferencji naukowej w Lublinie obejmującej kwestię stosunku pisarzy do piłki nożnej. Sprowadziłem sobie dziką lokatorkę znad wody, mysz będę w przyszłym tygodniu łowił, czekam na sprzęt do humanitarnego capnięcia gada i wypuszczenia. Wieczysty Catch & Release.
Trochę wcale niezłych nut i mój występ:
Bieg myśli moich dzisiejszego wieczoru zwróciłem w przeszłość. Bywam cielcem ofiarnym, który przez próżną refleksję nad sobą, a zwłaszcza nad swoją sytuacją bez wyjścia, staje się i kapłanem - haruspikiem zarzynającym samego siebie, niemogącym zatem nic z flaków swoich wyczytać. Częściej wszelako bywam rubasznym idiotą długoterminowym, co niejaką przynosi ulgę, bowiem zakłamuje ducha setką nic nieznaczących głupstw - do niedawna w użyciu szanowane acz w swojej niezmierzonej prostocie nieprzyzwoite panienki, teraz doktorat drugiego sortu, wciąż rybki, Legia, basen. Znam grafomanów, sam nim bywam, grafoman napisałby, że to tylko "poszukiwanie sensu życia" i nic więcej. Sama ta górnolotna zbitka przyprawia o mdłości. To może metaforycznie? - W końcu otaczają nas sensy niepowstałych słów. - Obraz przystani, poczciwej równowagi, ale co mi z tego, kiedy krypa moja z połamanymi żaglami i flauta? Przejmujący spokój ducha - ukryty przez starożytnych w pojęciach ataraksji , apatii - osiągnięty przed laty. Ci, którzy coś niecoś ze stoicyzmu wiedzą, będą się teraz wiercić i zapytają może nieśmiało, a może zadziornie - a autarkia (samowystarczalność)? - Właśnie, ja nie chcę samowystarczalności! Nuży mnie samowystarczalność i w każdej zależności od mądrzejszych od siebie upatruję nadziei.
Nadziei na co?
skomentuj (0)
Zdarzyło mi się dziś w autobusie baczne wpatrywanie w zgrabne nogi zakończone kwieciem falbanek skąpej spódnicy. Pierwszy ten raz od czasów, gdy mogłem napatrzyć się do woli... I to nie tylko na nogi. Ach, przegubie dłoni mojej marnej przyjaciółki! Na ryby leciałem ostatni raz tego nieszczęsnego sportowo lata. Istotnie dobiegło ono kresu z przytupem. W sąsiedztwie mostu przy Bankowej kleks (jak nazywa spore klenie mój młody towarzysz w wędkarskim łażeniu), kleks rekordowy, mój kleks, kleks mocarz, kleks wspaniały, na wędzisku mym, we władaniu rąk moich, talentu mojego... ale żyłka się przetarła i na tym się skończyło.
Koniec jak całość - przynajmniej sportowo.
Zapobiegliwi powstańcy
Demokratyczni powstańcy przeczesując pałac tyrana po udanym nań szturmie, odnaleźli zmasakrowaną postać. Postać ta, służąca we dworze, z licznymi obrażeniami poniesionymi z ręki zwyrodniałego despoty z winy swojej niesubordynacji została pozostawiona w opuszczonej rezydencji, a zatem na łasce zbliżających się z każdą godziną powstańców. Powstańcy demokratyczni naprzód zapobiegliwie zgwałcili uciemiężoną, po czym przenieśli kobietę do najbliższego polowego szpitala. Bo nigdy nic nie wiadomo!
Dekarze
Pracownicy firmy X podczas układania dachówek na poziomie ósmego piętra nie zadbali o należyte środki bezpieczeństwa, wprawdzie na najniebezpieczniejszych etapach prac jeden drugiego przytrzymywał za pasek u spodni, jednak wydało nam się to niewystarczające, toteż poprosiliśmy, aby w tej kwestii wypowiedział się instruktor BHP prac na wysokościach.
– Nie do pomyślenia! – krzyknął instruktor BHP prac na wysokościach, komentując na gorąco materiał filmowy demonstrujący postawy lekkomyślnych robotników – ja, panie redaktorze, nawet do łóżka chodzę w uprzęży albo do kąpieli! Żona może poświadczyć! Bo nigdy nic nie wiadomo!
Trener
Trener piłkarskiej kadry zaskoczył kibiców i dziennikarzy, nominując na swojego pierwszego asystenta Mieczysława Konserwę. Mieczysław Konserwa (sześć klas szkoły podstawowej, dst+ z WF) osobiście nie może się poszczycić żadnymi dokonaniami sportowymi i jako trener, i jako piłkarz, niemniej przez pewien czas po ślubie zamieszkał z rodziną żony, m.in. ze szwagrem, Sylwestrem Latawcem, znanym w całym powiecie fanatykiem IV-ligowego Izolatora Boguchwała i prezesem fanklubu Grzegorza Rasiaka. Z pewnego źródła wiemy, że o wyborze na stanowisko asystenta – z licznego grona kandydatów – przeważyła informacja, jakoby Konserwa osobiście podwiózł trzy razy Latawca na stadion miejski. Sam selekcjoner, który nieraz dowiódł swego trenerskiego nosa, rotując irracjonalnie na pierwszy rzut oka składem, następująco motywuje swój wybór:
- Bo nigdy nic nie wiadomo!
skomentuj (1)
Wszystko się wytrąca z siebie
i się zapomina.
Nie umiem już policzyć do dziesięciu.
Bez zastanowienia.
skomentuj (0)
Panienka A. sama sobie, a dalej zaufanym psiapsiółkom swoim, imponuje zdjętym skalpem z B., bowiem B. coraz więcej znaczy pomiędzy ludźmi, przeto siłą rzeczy i ów skalp w mniemaniu A. stawał się bujniejszym, nad wyraz okazałym, godnym, a nawet należytym do pokazania! Będzie rósł, wzrastał – niezmierzwiony, skwapliwie pielęgnowany poprzez prezencję siebie jako „niezdobytej” podówczas przez B. Już nie tylko jej powierniczki samiczej doli, lecz także sąsiedzi i konsjerż, blok cały, wreszcie dzielnica dostrzeże w niej tę swoją bohaterską czerwonoskórą, która z rozmysłem kociej ostrożności dawkuje otoczeniu zagrzebane na dnie szuflady (ale) pieczołowicie skrywane na tę sposobność wiersze i małe upominki otrzymane przed laty od B. Naraz powrócą do jej głowy treści rozmów i sekrety B., myśli o nich do późna, śpi źle, wierci się – niespokojna rozważa, jak skorzystać, komu najpierw powiedzieć? Jak najefektowniej? Przy grillu albo może w niedzielę po kościele w Tour de Carrefour a przed emisją w TVN nowych odcinków herosów współczesnych?
skomentuj (0)
Przed 9 podniosły mnie dziś z łóżka nieśmiałe pohukiwania dobywające się z kuchni i tym samym zabawnie korespondowały z moimi nocnymi lekturami biorącymi na wokandę spotkania z duchami podróżnych. Oczywiście, wyłącznie rozpatruję zdarzenie w wymiarze osobliwości, chociaż w takich sytuacjach formułuje się jakaś nierozsądna i podskórna obawa… Wariacka pogoda. Przez szczelinę uchylonego okna skonfundowany jerzyk (ulepszona jaskółka) wił się nieudolnym piruetem po podłodze, ostukiwał pokraczna resztką swojej przyłapanej ptasiej natury segmenty i utensylia kuchenne. Moja obawa o jakieś złamanie lub zwichnięcie okazała się wyssana z palca, sprawnie schwycony gapowicz wystrzelił jak z procy po moim wyjściu na taras i otwarciu dłoni.
Wróciłem na spoczynek (w międzyczasie psa do wanny wyekspediowałem, żeby załatwił swoją poranną małą potrzebę, inaczej zsika się na korytarzu na 5 minut przed wyjściem), otworzyłem telewizor, poranny przegląd prasy, żylasta blondynka – na koniec trochę kultury, Pasikowski znów kręci!
Uzmysłowiłem sobie, że dziś, że zaraz ma zapaść wyrok Trybunału Konstytucyjnego w szalenie poważnej sprawie. Wśród tej przekomicznej przekomarzaniny o reklamówki powykręcanych sznek (mord, gęb) w celu ich ogrania, o długość wyborów, o wotowanie za pomocą pełnomocnika… ważyły się losy ordynacji wyborczej do Senatu. Bałem się i nie byłem w tym względzie odosobniony, że partia rządząca celowo do ustawy dopisała tę formułę, ażeby TK w prawnych meandrach bezspornie ją utopił, a tym samym zachował wygodne status quo i w dalszej perspektywie zatwierdził nienaruszalność wyborów proporcjonalnych do Sejmu. Media, oczywiście, marginalizowały ten punkt, mydliły i mydlą nadal, dyskurs przez najbliższe doby będzie skupiał się na pozostałych, bardziej widocznych... TK swoim wyrokiem miło mnie zaskoczył. Wybory samorządowe pokazują, że istnieje rozproszony, ale mocny konglomerat kandydatów lokalnych i temu zbiorowi ludzi otwarto dziś furtkę do ubiegania się o mandat, póki co, senatora. To, co było skuteczne na początku lat 90, dziś jest majakiem z którego skrzętnie się korzysta zsyłając rozmaitych zrzutowców (spadochroniarzy) i tak zostaje wybrany na posła człowiek, który w Wielkopolsce przebywał dwa tygodnie w roku, albowiem głos oddany na poszczególnego kandydata w rzeczywistości nie na niego, ale do puli danej wyborczej listy przechodzi – i umacnia osoby zajmujące na niej najwyższe miejsca, zatem ktoś, kto otrzymał pozycję no 1 w dużej partii jest de facto pewny posadki – dietki w Parlamencie – wybory, a zwłaszcza kampania są dla nich przykrym przymusem.
W końcu można się zdobyć na stonowaną radość, że odnieśliśmy sukces, wprawdzie poniewczasie i wyłącznie szczątkowy – wątpliwe, coby posłowie ukręcili na siebie ten sam bat, ale… Cieszę się, jakkolwiek moja Nietzscheańska natura musi być na wskroś antydemokratyczna, ot antynomia.
Śniadanie. Na śniadanie bułki z cienko krajaną polędwicą przy asyście psa. Potem wyłożę się znów z Czarodziejską Górą pod rękę, którą powinienem był przeczytać kilka lat temu, jeśli okoliczności układają się w szereg niesprzyjających, tzn. takich, które nie pozwalają wyjść na ryby, a ostatnie wyskoki aury – sinusoida na barometrze i kręcenie wiatru podważają sens jakiegokolwiek wyjścia. Moje przebywanie w domu przypomina rekonwalescencję w sanatorium, ja zaś Joachima Ziemsena, dla którego (jeszcze) odmianą jest spacerowanie z psem albo obiad u dziadków. Między nami – czytam niewiele, a o pisaniu…
Bezbrzeżna nuda. Poczucie nieskończoności z jej wszystkimi plątaninami i ślepymi odnogami czasu oraz przestrzeni jest w istocie przede wszystkim uświadomieniem sobie bezdennej pustki, pustki po kimś bliskim, kto zmarł i umiera zarazem. Jest żałobą po sobie samym – nieustępliwym okoliczniku „wczoraj”, „w zeszłym roku”, „w minionej dekadzie”. Zbliżenie owo (i wypływająca stąd wartość „teraz”) przekreśliło moją młodość, przemaszerowało przez nią i okupowało bez mała sześć lat. Było przekleństwem szczeniaka przepoczwarzającym się w męską moc.
– Piszę sobie nowelkę o świntuszeniu pt. Niemiecka Ferdydurke, celuję w jakieś 4-5 stron, naskrobałem do tej pory jedną, do końca lipca chciałbym to zakończyć i – jak mnie znacie, macie słuszność – akurat mi się uda... Akurat. :) Może dzisiejszy wieczór przeznaczę na porządkowanie papierów, jest naprawdę co robić – dobre bitych kilka godzin czysto kancelaryjnej i archeologicznej roboty z przepisywaniem i ustalaniem treści odręcznych hieroglifów.
Nieźle po 22, owszem, zgadza się, zgadza, zmysł Was nie zawodzi – plany moje spaliły na panewce, po posilaniu się popołudniowym i podwieczorku udałem się z dziadkami do ich ogrodu i tak tam siedziałem, dając odpór marnemu siedzeniu w tych oto czterech kątach. Nazajutrz więc może?
M.… Ona lubi M… Cieszy, że nie tylko ona się za mną włóczy, lecz także i ja, ja za nią… Może nie jak cień, ale jak świeże gówno na podeszwie, w które wdepnęła na zroszonym trawniku, nie pozwala o sobie zapomnieć, zalatuje i na może się na nim wcale nieźle przejechać.
Jeśli czytasz to lub czytać będziesz, wiedz, moja droga ..., że i ja, choć dopiero po tylu latach, to jednak zdobyłem się na te dwa nazwiska:
castorpchauchat
Upijam się, upijam słodką myślą, że mógłbym teraz na przykład albo za osiem dni, lub za kwartał - kiedy tylko zapragnę. Czysta świadomość, świadomość możności, świadomość czynu, na który nigdy się nie zdobędę, acz możliwe, że to jedynie mój młodzieńczy kontenans antyaktywistyczny? - Nietzsche, znów proszę o wybaczenie!
skomentuj (0)
Jest jakaś nadmiarowa logika, której nigdy nie obejmę, a która niepomiernie mnie przewyższa. Wyznacza moją egzystencję lub rewiduje powzięte przeze mnie zamiary na właściwsze, szczęśliwsze a zarazem pragmatyczne. Za jej sprawą wstrzeliwuję się w ducha czasu, wiem więc - mam niezachwianą pewność - że z nią nie zginę.
Z Uniwersytetem awantura zakończona. Ciepła posadka na niestacjonarnych mnie czeka.
Czekam na kobietę, która ma nigdy nie nadejść.
Budzę się z dojmującym rozżaleniem. Nie dlatego, że znów się nie udało. Nie mam wielkomiejskiej zuchwałości, nie jestem impertynencki w obcym, zaszczytnym miejscu przed honorowymi, acz nieznanymi mi bliżej ludźmi. W gadce pokluczyłem, toteż na dwoje babka wróżyła - i nie przeszedłem, nie chcieli mnie w Poznaniu. Po głębszym zastanowieniu dobijam do konkluzji, a że to może lepiej się stało? Tak wiele było warunków do pełnego sukcesu, a wykopyrtnąłem się na causa sine qua non.
Wielki Świat znów tylko za oknem. Języki arterii wyciągnięte i splątane w gmatwaninie wieżowców, historii i fontann wypluwanych na każdym rogu, fontann możliwości. A ja tu. Jestem skazany na to miasto, Kalisz jest moim atutem i przekleństwem, duch prowincjonalizmu Kalisza wyobcowuje od pędów, lotów i wiwatów! Obezwładnia, lecz i uspokaja ...do śmierci ze spokoju. Zaproponowano natomiast studia zaoczne, finansowo, jeśli znane mi stawki są prawdziwie, nic się u mnie nie zmieni, minimum socjalne + Canal+ i Internet 4MB. Kolejne cztery lata niczego? - Hm, może nie?
Rozżalenie. Można zerwać z nutą romantyczną, lecz sentyment pozostaje naszym zawiadowcą – bywa, że rozcina noc przyjemnym ostrzem śnienia. Przewlekłe wspomnienia i przewlekła nieudolność i niechęć, i krygowanie. Kac poranny, pijaństwo twarzami wyśnionych kobiet, które nigdy TAKIMI nie były i nigdy... Świetnie zafałszowana wyższość przeszłości, której zaglądam skwapliwie w karty i z którą z kretesem przegrywam.
Ale nie zawsze.
skomentuj (0)
Poznań. Byłem w Poznaniu w poniedziałek. Wziąłem głęboki haust Poznania i tęsknie. Tęsknie jak tęskni się do sylfidowej kobiety, którą widziało się raz i nie ma pewności, że zobaczy się ją jeszcze...kiedyś, a w sylwetce wypisaną miała obietnicę i plan. Wobec mnie. Jest natomiast pewność, że spośród konglomeratu wsi, miast i miasteczek jak z albumu najrozmaitszych typów belfame - tylko ono, tylko ona. I ja, wreszcie takim, jakim oczekuję od siebie być. Jest więc wielkie niebezpieczeństwo w tym, że kolejne miejsce może zostać przeklęte na wieczność i
że
ona po dekadach może na mnie spojrzeć z wyrzutem... dobrze już mi znanym. Jeśli nie podołam. Jeśli zawiodę jak zawodziłem już nie raz. Straciłem wielu znakomitych ludzi ze swojej orbity, tym samym sytuacji, by w końcu tyleż metafizycznych stref! I siebie!
Prawdziwego powodu ja profesorom wyjawić nie mogłem, a tylko mętnie tłumaczyłem, że nie, ponieważ wchodziłby mi w paradę. Wcale niezła praca wieńcząca drugi stopień… a gdzie Jarzębski? Żeby chociaż wzmiankę o Jarzębskim. Jarzębski, Jarzębski. W bibliografii Niejarzębski od alfy do omegi i z powrotem. A przecież nie można o Gombrowiczu, opuściwszy Jarzębskiego… Jarzębski ma wyłączność, Jarzębski potwierdza bądź strąca z Tarpejskiej Skały! Ach, sformować się wobec Jarzębskiego, frontalnie uderzyć… Ale jak, gdy się nic Jarzębskiego nie zna? Nic się nie przeczytało?
Zuchwałość? Głupota?
- Gombrowicz by mnie pochwalił, że Jarzębskiego opuściłem, Jarzębski w duchu też. Jeżeli Jarzębski to Jarzębski, a nie Jarzębski. Jeżeli Jarzębski to przede wszystkim nieprofesor.
Nieobecność i nadmiarowość Boga dowodzą jego istnienia.
skomentuj (0)
Krańcowa nieprzygodność jest największym defektem mojej natury. Wyjęcie przypadku poza nawias, zniwelowanie go do podrzędnego czynnika niesie ze sobą albo skuteczność postawy sceptyczno-stoickiej, albo też dowodzi straszliwego głupstwa, jakiemu się – nieustannie od lat sześciu – oddaję. W każdym razie naznacza społeczne, ale i, w pewnych kategoriach, egzystencjalne zubożenie. Moja ostatnia…z przyjaciółek co się zowie (ach, Wy, kobiety, co w ułomnościach mężczyzny widzicie zalety!), także wyrzekła obawę, że żyję życiem wyjałowionym, właśnie wyjałowionym z przypadku i jakże ta ponderabilia jej imponowała. Co za dojrzałość, co za męskość! Póki się nie znudziła i nie podjęła prób (a to znamienne dla kobiet) wejścia mi na głowę, tj. wprowadzenia się do mnie "na trochę". Z drugiej wszelako strony moim kardynalnym determinantem nigdy chyba nie była postawa wobec ludzi, a wobec samego siebie, toteż wysnuwając zapytanie o „ja”, muszę na sposób introwertyczny zagłębiać się w „ja”, będąc zamkniętym i zatopionym w sobie, usuwam na ósmy plan ludzkość i międzyludzkość na rzecz nieustannego odwoływania się do jedynego pewnika – nieskończoności. Uprzytomnienie sobie nieskończoności, a zwłaszcza pogodzenie się z pesymizmem, wynikiem relacyjności ja – nieskończoność (i nic więcej), tchnie bezduszną równowagą i stąd cała ta moja antyprzygodność i anarchia. Tym samym wszystko co czynię w świecie intersubiektywnym jest na swój sposób zabawą, karykaturą i niewolniczą tęsknotą za wartościami, których nigdy tak naprawdę miało nie być. Próba bezkompromisowego autentyzmu przegranego u podstaw.
Dlatego też rozśmieszył mnie pierścionek zaręczynowy na jej palcu, wyłapany na Moście Trybunalskim w piątek. Zredukowała siebie do takiego mizernego bęcwała, dlaczego? Kocha go może? Gdzie tam - wyrachowanie właściwe samiczkom. Nie miłość w najrozmaitszej formie, a genetyczny strach każdego człowieka jest faktycznym spoiwem z drugim równie struchlałym, strach przed samym sobą względem (na ogół nieuświadomionej) nieskończoności. Iluzja bycia z kimś taką oto pełni funkcję zaszczytną i tak bardzo fałszuje realia, ale kto wie, co dalej będzie, zwłaszcza, że na serio zabrałem się za "Myśli" Pascala, więc może i Francuz mnie postawi do pionu.
Pies ma kamienie, zasikał dywany, podłogi, schody i wycieraczkę. Chlipie na potęgę. Dywanik spod wycieraczki wrzuciłem do prania, nie przypominam sobie - czy w ciągu ubiegłych dziesięciu lat wylądował w wirówce? Ileż brudu w nim było, ileż piasku z butów osób, których od dawna wokół mnie nie ma. No właśnie, właśnie - pozostaje brud. Brud i zaschnięta uryna.
Pewnie więc nieprzypadkowo ostatnim słowem mojej na wpół żywej matki było bęłkotliwe wykrztusienie z siebie słowa "ohyda". Bardzo Sartrowskie.
Po wielu latach powróciłem do Vangelisa.
Uwielbienie do muzyki ilustracyjnej mam nie po matce, niedoszłej artystce sztuki niesprecyzowanej, a po ojcu rubasznym.
skomentuj (0)
Rozkatalizowany Hypnos. Ptaki polne po trzeciej dukają. Połowa pastylki szczęścia, gwarantuje wyspanie nawet po czterech godzinach. Szlag mnie trafia z niemocy. Bear Grylls (to się przydało), Jeremy Wade (a to się przyda). Ubieram się po siódmej. Czynu! Czynu! Do Tesco po czyn wyszedłem. Spotykam Krzysztofa, Krzysztof proponuje piłkę. Ptifurki, Cola, chipsy. Powrót. Potem pies - łąkami i bulwarem z psem. Daję znać Tomaszowi o piłce. Czyn! Piłka o 13 w środku tygodnia.
Czyn!
- Czynu mi trzeba?
skomentuj (0)
Ślepe, już immanentne cywilizacyjnie, odstąpienie od prawideł ducha serwuje nam zastępy kolejne zniewieściałych mężczyzn i kobiet zmężniałych - to ustawiczne niweczenie odwiecznego odróżnienia powoduje, że Dawido jest znużony i nie może znaleźć Panienki, ponieważ szubrawcy z pochodu zawłaszczyli i przekreślili Piękno w imię wyższych racji: Pragmatyzm! Postęp! Parytet!
Jak się tak głębiej nad tym zastanowić - podtekst erotyczny staje się wyłącznie homoseksualnym.
skomentuj (2)
Ze sporym problematem przyszło mi stawać. Nikłość i nuda po uszy, acz tyle się stało, staje się i stawać się będzie. Sterminowanie (praktyki w liceum) bezsprzecznie odbyło się gładko, zwłaszcza dla sztubaków – ocenami za aktywność szastałem a i przy weryfikowaniu prac klasowych relatywizmu nie poskąpiłem – choć klucz odpowiedzi, Klucz Święty! Symptomatyczne, że przy kolacjonowaniu uczniowskiej męczarni kibicuje się aktualnie oprawianemu, powinno mi to wisieć, ale nie. Tu punkt, tu cztery, ach, tu zabrakło wzmianki o poddaniu się Zosi woli Tadeusza! - Będzie czwórka? Dalej! Dalej! Inkasowanie. Do puli! Na dst+ to wygląda (punktu nie ma, punktu brakuje! - Klucz Święty), raz jeszcze przeglądam, kluczę, nerwowo strony przerzucam choćby za zająknięciem, które limes dst-db pozwoli przekroczyć, w takich okolicznościach zawsze coś się tam znajdzie, jeśli nie wypowiedziane wprost, to dające do zrozumienia… Ze mną gorzej, straciłem równowagę i od przeszło 15 dni nic nie zajrzałem do pracy magisterskiej. Dziekan skrytykował – w negatywnym słowa znaczeniu – przed pięcioma tygodniami moją dotychczasową (na tamten czas) robotę.
To jeszcze nie spełnia rygorów pracy magisterskiej. Praca naukowa ma interpretować, objaśniać i wyjaśniać – a nie gmatwać.
Oczywista, jest tak jak się spodziewacie – od tamtego czasu mojego bękarta nazywam Gmatwaniną. Gmatwaninką. Iną, Inką – na cześć matki. A bo też ja zbyt poufale podszedłem do zdania fragmentu bękarta na ręce promotora. Wzbraniałem się przed dokładnymi przypisami, pozostawiwszy to koniec sporządzania pracy (błąd niewybaczalny, lecz nie według mnie). Drugi aspekt, przed którym obronić już się nie mogę i tym samym jak najbardziej do siebie wziąłem profesorskie sztorcowanie, transpozycja – zaczerpnąłem część pracy licencjackiej, pozmieniałem raz gruntownie, to znów kosmetycznie i czasem się cudaki niegramatyczne natworzyły.
Opiekunka praktyk, moja niegdysiejsza nauczycielka prowadząca nie może się mnie nachwalić, a sam profesor, znawca Kierkegaarda o mnie zabiega dla Towarzystwa Filozoficznego.
Dziś na mieście spotkałem rozradowane dziewczę, prototyp panienki (doktoratki) z mojej najnowszej nowelki. Jakby o czymś wiedziała. Baczne przypatrywanie na Mariańskiej…
Naprawdę, naprawdę zabawne, jak po tylu latach jesteśmy do siebie podobni. Tyle że ona do wyższości, do honorów, zaszczytów pretenduje, a ja – niedokształt, niedojrzałość, nieskończoność... Pajdę ciemnego chleba brudnymi ręcami jeść, gdy na królewskich zastawach perliczkę podają lokaje, perliczkę smakują, ale jedzą. Aż się ciśnie Gombrowiczowskie pytanie z Ferd – Przeciw komu jedzą? Z kim się połączyć pragną tym jedzeniem? Co w sobie rozbudzić? Jedzą, jedzą, a to już chyba cała menażeria ptasia na ruszcie zagościła…? Wróbelek, kurka, gołąbek, gąska, kurka wodna, kaczuszka, bażancik, perliczka, papużka nierozłączką (więc dwie jednym sumptem)…
Piotrów, wieś podkaliska, tam dziś ja. W szkole tamtejszej za znawcę poezji, znawcę swady i ogłady językowej dzieci w recytacji.
Podobno. Topiłem się. Drzewo zwalone. Naturalny most. Zaczepiona przynęta, przerzucona na przeciwległy brzeg. Nie przejdę? Kto? - Ja miałbym nie przejść? Przechodzę. Głupim mi się zdaje obchodzenie wokół (mostek o 50 metrów ode mnie) i wracanie po kij. Nasampierw go właśnie lokuję po drugiej stronie (idiotyczna byłaby pośredniość planu) i przechodzę statecznie po oblodzonym pniu, przeszedłem. Nawis… Z plecakiem ciężkim, z gadżetami po kieszeniach zawalił się pode mną. Wody dobrze po pas. Statecznie. Grajdam się, grajdam… Swędrnia. W plecaku zupa z pomidorów truskawkowych z kiełbasą polską surową, bułeczką, zaprawiona musztardką, aparacikiem sp-550, solniczką i w kieszeni telefonem i mp4-ką. Plecak zrzucam i wyrzucam z pułapki.
Mam pełne poparcie (także w czynie) Pana Ł. w moim ubieganiu się o doktoranckie - i w tym względzie mogę czuć się nieźle, że ktoś, kto zna Głowińskiego, znał Kapuścińskiego, stoi za mną w mojej aspiracji - w moim jedynym pragnieniu.
Z podniesionym czołem patrzeć w niebo.
skomentuj (0)
„Czarny Potok” Buczkowskiego, zło częścią stałą świata, brutalność niby latanie muchy albo szczekanie psa w ciemną noc, lecz nie jak u Borowskiego, tutaj mamy nastrój, nastrój międzyplanetarny, kosmiczny! Powieść wspaniała, nawet pal sześć fabułę (nie przeczytałem jeszcze całości) i eksperymentalność przedsięwzięcia. Piękno przesycone cierpieniem, podług mnie i broń Boże – żaden turpizm. Ciut, ciut Schulz, ciut, ciut Czechowicz.
Rozmowa z Panem doktorem i wiążąca się z tym mordęga - tylko w niej, w mordędze, nadzieja, tylko ona może znacząco wpłynąć na jakość mojej egzystencji. Przegwizdane, ale nie speszyłem się, u mnie speszenie chodzi pod rękę z odwagą. Peszę się, jeśli idzie o mnie, a gdy o innych (albo o przekonania), to mogę iść na bagnety. I ja mówię, że jestem egoistą… bo jestem. Każdy był, każdy jest, każdy jest. Ale odwagi też mi zbrakło.
Sentencja Ajschylosa: "W czarnym aksamicie nieskończoności zwycięstwo będzie człowieka."
Sentencja Kierkegaarda , tę myśl i ja sam sformułowałem -osobliwe uczucie, gdy bezwiednie mówimy wielkimi tego świata. Jest to i zaczyn naszej wielkości: „Nieskończoność i wieczność stanowią największą i jedyną pewność.”, w 2005 zdarzyło mi się podobnie z Kartezjuszem, z moim powiedzeniem – Nic pewniejszego od niepewności.
Od piątku praktyki w Sobieskim - w moim Włókienniku, nie zdajecie sobie sprawy z mojego szczęścia. Ukończyłem liceum, które jako jedyne (z siedmiu) nie aprobowało samego siebie (w nierozsądnym stopniu), nie szermowało dystynkcją "elitarnego". Długo tego żałowałem, niemniej od pewnego już czasu... Kiełkuje we mnie przekonanie, że lepiej stać się nie mogło.
Serdecznie zachęcam do przeczytania poniższej noweli, dopiero 29 osób zajrzało, a ilu z nich przedarło się przez te zasieki? Nazwy łacińskie możecie opuścić, choć z podpórką w postaci wikipedii przejdą jak Niemcy przez Francę.
skomentuj (0)